Rodzice walczyli ze sobą, odkąd pamiętam.
Od kłótni, wyzwisk, cichych dni było coś znacznie trudniejszego.
Kłamstwa.
Mama groziła w drugim pokoju, że się wyprowadzi.
Po czym wchodziła do mnie uśmiechnięta.
Jakby nigdy nic.
Rozdwojenie jaźni?
Dziś wiem, że chciała mnie „chronić”.
Przychodziła do mnie naelektryzowana, napięta, a ja jak gąbka.
Jej mina niezrozumiała.
Zanim przyszła, byłam pewna, że cierpi.
Ja obgryzająca paznokcie, pełna strachu, co to będzie.
Zwinięta pod kocem jak kulka.
Zbierałam ich złości, lęki, nienawiść.
A potem patrzyłam na maski.
Tata miał inną strategię.
Rozpieszczał mnie, gdy przegiął.
Następnego dnia zabierał na coś specjalnego.
Z domu wyniosłam wiele rzeczy.
Przede wszystkim pewność, że dorosłym się nie wierzy.
Co innego mówią, co innego robią.
Poza tym dobrze jest, gdy popełniają błąd.
Opłaca mi się to.
Wtedy mam nowe zabawki albo wreszcie trochę uwagi.
Tak stałam się toksyczną kobietą, wywołującą konflikty w pracy, w swoich relacjach.
Wprowadzającą napięcie przy zwykłej kawie.
Licząc, że osoba, na której mi zależy, wypowie choć jedno zdanie za dużo.
A potem dostanę to, czego naprawdę chcę: bliskość, czułość.
Chore, no nie?
Najboleśniej zraniło mnie, gdy umarł dziadek.
Nie sama jego śmierć.
Ale znów festiwal kłamstw.
Kochałam go.
Nie robił niczego wybitnego.
Po prostu mieszkał z nami, na swoim piętrze.
Wbiegałam do niego po schodkach, gdy robiło się ciężej.
A on był zawsze taki sam.
Pełen spokoju, z papierosami i tabaką.
W swoich rytuałach.
W tej samej koszuli w kratę, spodniach na kant i kapciach wytartych pod piętami.
Pukałam do drzwi i otwierał po kilku minutach.
Wiedziałam, że muszę poczekać.
Szedł powoli o swoich kulach.
A potem się uśmiechał.
I mówił:
„O! Jesteś!”
A potem pytał:
„Jak z koleżankami?”
I nic więcej.
Ale mogłam przy nim po prostu posiedzieć.
Nikt nie krzyczał.
O 15:00 włączał radio i odmawiał modlitwy.
A potem palił papierosa.
Wiem, że zabrała go karetka.
Pamiętam to jak dziś.
Obudził mnie w środku nocy ryk syren.
I światła.
Rodzice myśleli, że śpię.
A ja widziałam, jak tata wybiega za ratownikami, którzy nieśli go na noszach.
Po paru dniach, mama przyszła wstrząśnięta.
Czułam, że dziadek umarł.
Ale ona śmierdząca alkoholem popatrzyła na mnie i powiedziała:
„Dziadek zasnął. I już nie wróci.”
Zasnął?
Od tamtej pory bałam się spać.
Podchodziłam do pokoju rodziców i słuchałam czy oddychają.
Rano ulga, gdy widziałam, że chodzą.
Miałam osiem lat.
Zamknęło się moje piętro, gdzie zawsze mogłam przyjść.
Chodziłam jeszcze przez jakiś czas pod drzwi. I wyobrażałam sobie, że dziadek jednak przyjdzie i mi otworzy.
Potem rodzice wynajęli to mieszkanie jakimś obcym ludziom.
Nienawidziłam ich.
W końcu dziadek mógł wrócić, a nie miał już gdzie.
Nie zabrali mnie na pogrzeb.
Wiedziałam, że coś się dzieje.
Bo ubierali się w koszulę i niedzielną sukienkę.
Wyłam sama w domu pod opieką sąsiadki.
Porzucona, oszukana, bez ojca, bez matki.
Na 1 listopada jakby nigdy nic zabrali mnie na cmentarz.
Zobaczyłam zdjęcie dziadka na grobie.
DLACZEGO NIKT MI NIE POWIEDZIAŁ?
Nawet na to nie zasługuję?!
Jak mogli nie pozwolić mi się pożegnać?
Od tamtej pory wiedziałam, że gdy pojawia się kłopot, nie mam do kogo pójść.
Zaczęłam pić, mieć przelotne związki.
Cudem ukończyłam szkołę, zdałam maturę.
Kaskada porzuceń, braku miłości pogłębiała moje rany.
Związałam się z dużo starszym mężczyzną.
Nie dawał mi tego, czego potrzebuje kobieta.
Za to okruchy.
Obecności, raz na jakiś czas pytanie, co u mnie.
No i zapach papierosów, który kojarzył mi się… dobrze.
Z moim dziadkiem.
Pozwalałam mu na różne dewiacje, tylko po to, by mnie nie porzucił.
A nienawiść i napięcie do świata wzmagała się we mnie jak tsunami.
Zaszłam w ciążę.
Gdy się dowiedział, zasugerował aborcję.
Zrobiłam to bez wahania.
Nie wyobrażałam sobie siebie jako matki.
A już w ogóle skazać jakiegoś człowieka na cierpienie.
Umówiłam się z lekarzem, że w czasie amniopunkcji, zwykłego badania przebije serce.
Sam to zaproponował, jakby robił to codziennie.
Zgłosiłam się do szpitala z poronieniem.
A tam… atmosfera jak w piekle.
Nerwowo jak na taśmie.
Jedna położna rzuciła: „kolejna na skrobankę”.
Obok mnie leżała kobieta.
W ciszy, choć łzy kapały jej jak grochy.
Okazało się, że… dziesiąte dziecko poroniła.
Stara się, pragnie macierzyństwa, a nie wychodzi.
Przy mnie zaczęła prosić położne, by wydały jej ciało.
Chce zrobić pogrzeb.
Dziesiąty tydzień.
Tak jak u mnie.
Zrobiło mi się niedobrze.
Położne miały z tym duży problem.
Przyszedł jej mąż.
Zrobił awanturę.
Zażądał ciała swojego dziecka.
Udało się im.
Pogrzeb? Dziecka?
Odżyły we mnie wszystkie wspomnienia.
Zobaczyłam dziadka.
Na którego pożegnaniu nie byłam.
A teraz … własnego…
Dziecka?
Którego pozbawiłam życia?
Chciałam, żeby ktoś mnie wtrącił do więzienia.
Nie było takiej możliwości.
Od tamtej pory zeszmaciłam się jeszcze bardziej.
Odcinałam od emocji.
Karykatura kobiecości.
W dodatku mocna osobowość, wyśmiewająca to co delikatne, plująca na wartości.
Przypadkowo trafiłam na tekst, który zaczął wpuszczać w moje życie trochę światła.
O zabitym dziecku.
Nie, nie o tym, które przez parę tygodni nosiłam pod sercem.
Ale o tym którym ja byłam.
I jak to jest nosić w sobie martwą dziewczynkę, która nie doświadczyła miłości, za to biczowanie: kłamstwa, osamotnienie, zamknięcie w izolatce bez szans na porozmawianie szczerze, wspólne przeżywanie trudności.
Pierwszy raz dopuściłam do siebie… zrozumienie.
Współczucie, że ja, odkąd pamiętam cierpię.
Martwa dziewczynka nie ma szans stać się matką.
Czy uda mi się kiedykolwiek odzyskać siebie?


