Byłam martwą dziewczynką

Zrobiło się zamieszanie.

Zamiast radości, pierwszego przytulenia,

konanie.

KONANIE?

Że co?

Nie widziałam wszystkiego.

Pamiętam urywki.

Żołnierskie polecenia położnej? Lekarki?

Reanimacja, intubacja, hibernacja, już sama nie wiem.

No i szok.

Mam na imię Asia.

Nosiłam w sobie martwe dziecko.

W czasie ciąży?

Nie. Nie o tym mówię.

Martwe dziecko, w sobie, przez całe lata.

Kiedy miałam 3 miesiące zginął mój tata.

Mojej mamie zatrzymała się laktacja.

Ludzie myślą, że tak małe dziecko nie pamięta.

Że nie dotknęła mnie strata.

Mama była w depresji, nie przytulała mnie, nie podnosiła z łóżeczka.

Wiem, bo to opowieść rodzinna.

Mamę zabrała karetka do psychiatryka.

A ja w pampersie nieprzewiniętym przez wiele godzin, a może i dni.

Opiekę nade mną przejęła babcia.

Wiedziałam od początku, że mam nie przeszkadzać.

Chodzić cichutko, wyprostowana siadać.

Wsłuchiwać się mocno w uczucia dorosłych.

Poprawiać humor, nie dokładać kłopotów.

Pomiędzy mną i mamą do dziś jest chłodno.

Nie dziwię się jej po tych wszystkich latach.

Przecież byłam pamiątką po tragicznej miłości.

Mam podobno oczy ojca, nos, gęste, ciemne włosy i trochę cech charakteru.

Wolałam być podobna do mamy, by nie sprawiać jej bólu.

Szybko więc nauczyłam się udawać kogoś, kim nie jestem.

Nie poznawać siebie, swoich talentów, ale skanować otoczenie:

co zrobić i jak, by wywołać uśmiech? Dopasować się a najczęściej zniknąć.

Byłam wzorową uczennicą.

Zamkniętą w sobie, nieopowiadającą o tym, co czuję.

W tym wszystkim bardzo wrażliwą.

O tak bogatym wewnętrznym świecie, że do dziś go odkrywam.

Opowiadałam sama sobie bajki przed snem.

Szybko gotowałam obiady, wychodziłam trzy razy dziennie z psem.

Wymyślałam bohaterów.

Codziennie nowe postaci. Ich koleje losów i ostateczne zwycięstwa.

I to ja pomagałam im nie wpadać w tarapaty.

Martwa dziewczynka jednak ma to do siebie,

że zupełnie, zupełnie nie kocha siebie.

Zakochiwałam się często i zmiennie.

A z roku na rok pustka, głód, niespełnienie rozrywały mnie.

Kolejne relacje zamiast budować, degradowały.

Niszczyły zupełnie poczucie własnej wartości.

Martwa dziewczynka wyrosła na piękną kobietę.

Zgrabną, uśmiechniętą od ucha do ucha, bystrą, taką o którą zabiegają mężczyźni.

Dobrą w łóżku.

Ale nieznającą się na miłości.

Wyszłam w końcu za mąż.

Po dwóch latach, jak i we wszystkich poprzednich związkach, wypaliła się chemia,

przyszła tak dobrze mi znana porażka, strata…

Tęsknota.

Zaszłam w ciążę.

Biło we mnie serce.

Miałam w sobie życie, ale pieprzona pustka nie zniknęła.

W ciąży trafiłam na świetną terapeutkę.

Uczyła mnie kontaktu z dzieckiem.

Uświadomiła, że o mały włos, powtórzyłabym moją historię.

Dałabym niewiele więcej od tego, co sama dostałam.

Głównie chłód i niechęć.

Zaczęłam więc spotykać się z dzieckiem, które w sobie miałam.

Dotykać brzuch.

Opowiadać.

Uczyłam się podstaw.

Bliskości.

Zaczęło też poprawiać się w małżeństwie.

Mieliśmy rytuały codziennie wieczorem.

To ciekawe, że seksu nie uprawialiśmy, a kochaliśmy się.

Dziecko zaczynało reagować, gdy mój mąż mówił do niego czule.

Odkrywałam, że miłość to nieskończone warstwy i możliwości, daleko głębiej niż hormonalne uniesienia.

No i wtedy doszło do zamieszania, od którego zaczęłam.

Mały urodził się o czasie, a potem przestał oddychać.

Reanimacja, hibernacja.

Wada serca, nierozpoznana w badaniach.

Miesiące hospitalizacji, operacji, kilka razy wymuszonych pożegnań i cudownej stabilizacji stanu na intensywnej terapii.

Trafiliśmy pod opiekę hospicjum, gdy wykończyły się możliwości.

Nie chciał być dotykany.

Tak wiele razy kłuty, operowany.

Nie chciał być przeze mnie dotykany!!!

Oprócz lekarzy, pielęgniarek przyjeżdżała fizjoterapeutka, moja bohaterka.

O rękach tak pewnych, a przy tym delikatnych i kobiecych.

Wiedziała, jak chwytać.

Miała do niego podejście.

Przy jej zabiegach nie płakał.

I umiała się wycofać, robiła dla mnie przejście.

Oswajała, pokazywała, uczyła, żebym i ja mogła przynosić mu ulgę.

Dzięki niej ostatnie chwile przytulałam synka.

A on był spokojny, mam nawet zdjęcie, gdy się uśmiecha.

Dziś mija 5 lat od jego śmierci.

I może zabrzmi to dziwnie, ale on przywrócił mi życie.

Które straciłam dawno temu.

Mając trzy miesiące.

Mogłam dotknąć jego niewinność, być świadkiem czystości i cierpienia, które nie mieści się w głowie.

I ulgi.

Zupełnej zależności od dorosłych i wielkich potrzeb, które nawet po tak ciężkich zmaganiach, można odkryć.

I dać sobie nawet jeśli mamy przed sobą mało czasu.

W ostatnim dniu już tylko go przytulałam. Całowałam.

A nas oboje mój mąż.

W którym dopiero się wtedy, naprawdę zakochiwałam.

Miałam w sobie tak wiele czułości, jakiej nigdy nie otrzymałam i nikomu nie dałam.

Mój mąż też.

Dorósł do spotkania.

Staliśmy się rodzicami najpełniej ostatniego dnia.

Synu.

Wiem, że wziąłeś na siebie nie tylko kawałek mojego ciała, kod genetyczny, ale i cały potężny ładunek mojego cierpienia, które nosiłam w sobie od dziecka.

To wszystko co w sobie i tak miałam.

Złamałeś mnie.

Otworzyłeś.

Pozwoliłeś się wyryczeć i wykrzyczeć.

Spotkać z martwą dziewczynką i ją wskrzesić.

Bo to co mogłam dać Tobie, wlało się tak głęboko w moje serce.

Słyszałam Twoje potrzeby.

Karmiłam, przewijałam w porę.

Opowiedziałam Ci o świecie i o tym, że nie zaznasz bólu, odrzucenia.

Dotrzymałam słowa: że przy mnie będzie Ci już tylko dobrze.

Całe życie, synu mój, byłeś z dnia na dzień coraz bardziej kochany.

A za tym świat tęskni… wciąż pogmatwany…

Tęsknię za Tobą i wiem, że się spotkamy.

Jestem w ciąży z Twoją drugą siostrą.

Stworzyłeś we mnie, Ty, skarbie, kochające serce… mamy.

Napisz do mnie

Jeśli poruszyło Cię spotkanie pod drzewem figowym,
i chciałabyś, lub chciałbyś podzielić się swoją historią