Po deszczu wychodzimy z Mają z domu.

W byle jakich spodniach i kaloszach.

Żeby skakać po kałużach…

I znów odkryć, że po deszczu, niebo odbija się na ziemi.

Nie trzeba zadzierać głowy, żeby patrzeć w chmury.

Wystarczy się zatrzymać, przyjrzeć tafli wody.

Byłam wychowywana w zimnym domu, bardzo religijnym na zewnątrz.

Chłód, brak bliskości zalany gęstym sosem pobożności z pierwszych ławek.

Gdzie mocne zasady, poprawność i nieprzynoszenie wstydu brały górę…

W każdej rozmowie i sytuacji.

Panicznie bałam się oceny, jakiegokolwiek upadku.

A więc zamroziłam się na długie lata.

Siedziałam w ławce w szkole jak na szpilkach, szara myszka.

Bez wyrazu, żadnych odchyleń.

Mój tata też wycofany, mama brała sprawy w swoje ręce.

Starałam się bardzo, ale nigdy nie było wystarczających efektów.

Wciąż za słabo, za mało albo za bardzo.

Weszłam więc w dorosłość z potwornym lękiem przed podejmowaniem decyzji, przed błędami, a więc wyborami na całe życie, z zaniżonym poczuciem własnej wartości, bez wiary we własne możliwości.

Nie wyobrażałam sobie, że jakikolwiek mężczyzna, który jest bogaty, przystojny, ma klasę spojrzy na mnie.

Wciąż słyszałam, że brakuje mi tak wiele.

I choć się naprawdę starałam, nigdy nie usłyszałam, że to już.

Już.

Już to uzyskałam.

W wieku dwudziestu lat zakochałam się na zabój w dużo starszym mężczyźnie.

Straciłam rozum, bo zobaczył mnie w tłumie.

Byłam atrakcyjna, czuła, dobrze gotowałam, choć sama w sobie tego nie widziałam.

Skomlałam o jego obecność, bliskość.

I choć ochłapy dostawałam, cała bez pamięci się jemu oddałam.

Moją historię zaczęłam od kałuży i od Mai, której pokazywałam w brudnej wodzie…

Chmury.

Maja to moja córka.

Zaszłam w ciążę z tym mężczyzną i ściągnęłam na rodzinę skandal.

Okazało się, że ma żonę.

I nie chce jej zostawiać.

A ja?

Pominę szczegóły rozmów, krzyków.

Szmata z dzieckiem pod sercem.

W dodatku poczętym grzesznie.

Przez dziewięć miesięcy cały czas płakałam.

Po pierwsze z powodu złamanego serca.

I tego, że nieodpowiedniemu mężczyźnie się oddałam.

Po drugie dlatego, że zawiodłam surową mamę.

Wpadła w lament.

Po trzecie dlatego że nie miałam, gdzie się zgłosić po pomoc.

Kościół był „opanowany” przez moją mamę w małej miejscowości.

Część ludzi jej współczuła,

część czuła satysfakcję, że taka idealna matka wychowała źle córkę, co się puszcza.

Maja, gdy się urodziła, też płakała.

Całe noce i dnie.

Nie spałam tygodniami.

Szukałam przyczyny.

Kolki, jedzenie, coś ją boli?

Obie płakałyśmy bez przerwy.

Przeraziłam się, kiedy miałam myśli, by zawinąć ją w kocyk i razem z okna skoczyć.

Zaczęłam leczyć depresję.

Gdy Maja miała roczek, moja mama zachorowała na raka.

Panicznie bałam się jej śmierci, a gdy w końcu nadszedł ten dzień, poczułam ulgę.

A zaraz potem potworne poczucie winy.

Jestem podłą, obrzydliwą kobietą, skoro czuję ukojenie w tak dramatycznej chwili.

Na pogrzebie nie wylałam ani jednej łzy.

W hospicjum, gdy ją odwiedzałam po raz ostatni, usłyszałam w korytarzu rozmowę pielęgniarki.

Mówiła komuś, że pani spod piątki to złota kobieta, a ma tak wyrodną córkę,

co prawie jej nie odwiedza.

Nie chodziłam na grób.

Nie przynosiłam kwiatów, nie zapalałam lampki.

Rodzina mnie krytykowała.

Dopiero na terapii pierwszy raz komukolwiek powiedziałam swoją wersję zdarzeń.

Siedziała przede mną obca kobieta.

Bałam się.

Po wszystkim powiedziała zdanie, które było jak pierwszy plaster na moje serce:

„Sporo Pani przecierpiała.”

Ja?

Naprawdę?

Znów płakałam.

Nie wiem, ile łez wylałam.

Napisałam list do mamy.

Bardzo szczery.

O wszystkim, czego nigdy nie mogłam powiedzieć.

Czego mi brakowało, co mam jej za złe.

A potem powiedziałam, że robiłam wszystko, by ją zadowolić i czekałam.

Czekałam choć raz, na jedno słowo pochwały.

Na końcu już dziękowałam.

Za wiele spraw i rzeczy.

Wybaczyłam, bo wiem, że dała tyle, ile sama dostała.

A ja mam życie i Maję, którą uczę się poznawać i kochać.

Wstawać, gdy popełniam błędy.

Maja ma dziś osiem lat.

Obie przeglądamy się w brudnej wodzie naszej historii.

Szukam Boga.

Chcę wierzyć i doświadczyć, że się nas nie brzydzi.

Choć nie mam odwagi popatrzeć w chmury.

Dlatego lubię, gdy pada deszcz.

Czekam aż wyjdzie słońce.

Wołam Maję.

Ubieramy…

Bardzo stare, zwykłe spodnie.

No i kalosze.

I wychodzimy.

Trzymamy się za ręce, by znów odkryć,

że po deszczu, niebo odbija się na ziemi.

Nie trzeba zadzierać głowy, żeby patrzeć w chmury.

Jak po czasie wielkiego smutku, wylanych łez.

Z powodu błędów, których nie da się odkręcić.

Zaplatam warkoczyki córce, próbuję wiązać koniec z końcem.

Wystarczy się zatrzymać, przyjrzeć tafli wody.

Dziś Maja zawołała:

„Mama! Mama! Ale kałuża czysta!

 Wpadło na dno słońce!”

Napisz do mnie

Jeśli poruszyło Cię spotkanie pod drzewem figowym,
i chciałabyś, lub chciałbyś podzielić się swoją historią