Dlaczego czuję coś, czego już nie ma?
Większość życia byłam otyła.
Zażerałam smutki, stresy.
Zjadałam kompulsywnie na wieczór wiele niezdrowych rzeczy.
Potem się wstydziłam.
I potwornie winiłam.
A jednak się krzywdziłam.
Wstydziłam w wielu momentach: na przykład na zdjęciach.
Ustawiałam się i próbowałam schować.
I potem w stresie, gdy ktoś „na pamiątkę” przesyłał.
Znów cała uwaga skupiała się na tym, że jestem gruba.
Wstydziłam się w autobusie, wchodząc po schodach, w sklepie, gdy próbowałam cokolwiek przymierzać.
Nienawidziłam patrzeć na siebie.
Źle się czułam w sobie.
Do tego mnóstwo negatywnych myśli, które znowu jak wielki rozpędzony pociąg zmuszały do tych samych destrukcyjnych zachowań.
No i ataki paniki.
Wjechały też leki na depresję.
Próbowałam diet cud, postów, sportów z trenerem i bez.
Ale każdy wysiłek, spadek wagi zwiastował wielki powrót.
I znów stan, który przeszywał mnie na wylot: upokorzenie i wina zamiast przyjemności.
Aż w końcu ktoś mnie zapytał:
„Jak Twoja mama Cię karmiła?”
Mama?
Karmiła?
Mnie?
Nie mogła mnie karmić.
Nie miała mleka. Wdarł się stan zapalny. Do tego poporodowa depresja.
Nie wiem, nie pamiętam.
Ale babcia opowiadała kiedyś, że był to trudny czas.
Dlaczego czujemy coś, czego już nie ma?
Tak zaczęłam moją historię.
Nigdy wcześniej sobie tego nie uświadomiłam.
To tam jest początek?
Początek mojego cierpienia?
Ja nie pamiętam.
A pamięć komórkowa?
Ja dorosła kobieta a w środku bezradna jak mała dziewczynka.
Zapadająca się w sobie.
Buduję zapasy?
Walczę o przetrwanie?
Wciąż, naprawdę wciąż się boję, że mi zabraknie jedzenia?
Nikt mnie nie usłyszy. Nikt do mnie nie przyjdzie. Nikt nie przytuli. Nikt nie nakarmi.
Zaczęłam wczytywać się w rozwój dziecka.
Proces karmienia piersią rozwija, pogłębia więź, daje poczucie bezpieczeństwa, ciepło, spokój.
Oksytocyna. Hormony szczęścia.
Ja tego nie doświadczyłam.
Stąd zalewający mnie smutek?
Dotyk. Wzajemna wymiana. Dzielenie się sobą. Ciało do ciała.
Zaczęłam ryczeć.
Czy naprawdę dzieje się tak, że całe życie czuję coś, czego już nie ma?
Potworną samotność, lęk i niezrozumiałą pustkę. Głód. Nie tylko mleka, ale bliskości.
To już tam dowiedziałam się, że mnie się nie dotyka? Jestem zła, niedoskonała, brzydka i to moja wina, że mama mnie nie karmiła?
Dlatego się obżeram, buduję warstwy, by odepychać od siebie, zanim… Ty to zrobisz.
Czuję się: „ODEPCHNIĘTA”.
Nie zapomnę tego dnia… coś zaczęło się zmieniać
Niedługo miały być święta.
Wielkanoc.
Czułam się jak wielki worek na gnijące mięso. Byłam grobem.
Bardzo mrocznym. Obrzydliwym.
Zamknęłam oczy.
Wyobraziłam sobie.
Pierwszy raz.
Małą dziewczynkę, którą byłam.
Rączki, stópki, maleńkie ciałko.
Wzięłam ją na ręce.
Przytuliłam mocno.
Pogłaskałam.
Pocałowałam.
I opowiedziałam.
Że to nie była jej wina.
I że znalazłam ją. Usłyszałam w końcu.
Byłam głucha na jej płacz, potrzebę dotyku.
Ja uwielbiam się przytulać. To moja pogrzebana natura.
A potem robiłam wszystko, by innych od siebie odsuwać.
Siedziałam tak długie minuty.
Robiło się błogo.
Jasno.
Pierwszy raz od lat.
Postanowiłam uczyć mózg nowych nawyków.
Słyszeć swój płacz. Dawać sobie dużo dobrych bodźców.
Kupiłam sobie drogi olejek.
Organizowałam kąpiele bez pośpiechu.
By dobrze, dobrze poczuć się w swoim ciele.
A potem z czułością dotykałam dom, w którym mieszka moje serce, dusza.
To co ukryte, a drogocenne.
Wróciłam do męża. Nie spaliśmy ze sobą już długo. On mnie nie dotykał.
Groził rozwód.
I ja go poprosiłam.
Najpierw by przytulił mnie mocno.
Zaczęłam mówić: potrzebuję tego i tego.
Możesz mnie uszczęśliwić.
Otworzyłam się na przyjmowanie.
Nie umiałam tego.
Zaczęłam się uczyć.
Dziś jestem szczupła. Schudłam 20 kg.
Codziennie z mężem przytulamy się minimum pół godziny, kochamy się.
Przestaliśmy się kłócić.
A ja odzyskałam spokój duszy.
Dziecko śpi już spokojnie.
A ja nauczyłam się je słyszeć…

